ISIDORUS nowości wydawnicze
Dzisiaj jest sobota, 16. grudnia 2017    
Logowanie | Rejestracja







Indeks książek wg autorów Zabawka BogaPokonać szatana. Egzorcysta czy psychiatra?7 Tajemnic Spowiedzi SentencjeCzwarta tajemnica Fatimska?Europo nie możesz żyć bez BogaKomentarz do ksiąg Nowego TestamentuKomentarz do ksiąg Starego TestamentuKomentarz do EwangeliiZobacz pozostałe WydawnictwaRafael TYNIEC WAM Wyd. Karmelitów Bosych ZnakZobacz pozostałe Księgarnie internetoweGloria24.plZobacz pozostałe Księgarnie w miastachCzęstochowa Bydgoszcz Gniezno Katowice Kielce Kraków Lublin Łódź Olsztyn Opole Poznań Szczecin Toruń Warszawa Wrocław Powrót Powrót
Włodzimierz Zaczek: "Ocalony"
Kliknij na obrazku

Ocalony to wciągająca i sprawnie napisana powieść, której bohater-pisarz pewnego dnia dostaje nietypowe zlecenie.
Ma napisać biografię tajemniczego nieznajomego, a opublikować ją może dopiero po jego śmierci.

Początkowo wydaje się, że to historia, jakich tysiące: osierocenie, wojna, emigracja, miłość i w końcu wielka fortuna.

Jednak z czasem okazuje się, że gdyby nie tajemnicza postać, która pojawia się w najgroźniejszych momentach, życie pobiegłoby zupełnie innym torem...


Dzień pierwszy

Asfaltowa droga skończyła się nagle, zmieniając w wyłożony kocimi łbami dukt. Rzuciłem okiem na sporządzony przez siebie szkic. Miałem przed sobą około trzech kilometrów niezbyt miłej dla moich wnętrzności trasy. Nie wiem czemu, ale zawsze tego typu drogi wydają mi się dłuższe niż wynika z map i drogowskazów.
Po dziesięciu minutach bezustannej kołysaniny dotarłem do rozwidlenia, przy którym pojawił się drewniany krzyż. Zgodnie z uzyskanymi wskazówkami skręciłem w prawo i wjechałem na wąską leśną dróżkę. Padające od tygodnia deszcze przeistoczyły ją w poryte koleinami grzęzawisko. Mój samochód zdecydowanie nie nadawał się do jazdy terenowej. Raz po raz metalowe brzuszysko pojazdu ocierało o wystające muldy i kamienie. Syczałem zaciskając zęby, jakby to mnie zadawano ból.
Lubiłem swoje autko i dbałem o nie jak o członka rodziny. Dopiero co spłaciłem wzięty na niego kredyt, a tu muszę wystawiać go na niezasłużone szykany.
Jak się jeszcze okaże, że to nie ta droga, to się chyba wścieknę – pomyślałem. Przecież to niemożliwe, aby mieszkali tu ludzie.
Na chwilę pożałowałem, że się na to zgodziłem. Nieznany mi gość zadzwonił do mnie wieczorem i zażądał, abym się z nim spotkał. Kiedy usiłowałem dowiedzieć się czegoś bliższego, oświadczył, że to sprawa niecierpiąca zwłoki, a nawet życia i śmierci. Trochę się przestraszyłem. Widocznie przewidział moją reakcję, bo natychmiast dodał, że sprawa śmierci nie dotyczy mnie, a wręcz jest dla mnie opłacalna. Potem dokładnie opisał trasę dojazdu. Żebym wiedział, że ta trasa tak właśnie wygląda, to w życiu bym się na to nie zgodził.
Właściwie, to nic innego do roboty nie miałem. Poza tym, zaciekawił mnie trochę swoją tajemniczością, a ja lubię wyzwania.
Nie wiem jak długo tłukłem się po tych bezdrożach. Odetchnąłem z ulgą, kiedy pojawiła się jakaś ogrodzona drągami polana. Z drugiej strony ogrodzenia ciągnął się szpaler choinek. Sprawiał wrażenie posadzonych specjalnie w celu uniemożliwienia wglądu na dalszą część posesji. Przejechałem wzdłuż płotu około dwustu metrów i znalazłem się na otwartej przestrzeni przed dość okazałą drewnianą chałupą, prawdopodobnie pełniącą rolę letniskowej daczy. Już na pierwszy rzut oka widać było, że właściciel niezbyt o nią dba. Częściowo zmurszałe deski ścian wyraźnie domagały się renowacji. Co do krytego gontem dachu, byłem niemalże pewien, że przecieka.
To chyba tutaj – pomyślałem i zbliżyłem się do solidnych drewnianych drzwi. Zapukałem… i cisza. Zapukałem ponownie i mocniej… dalej cisza.
– Kurza twarz! To chyba nie tu! Na chwilę opadły mi ręce. Sięgnąłem do kieszeni po telefon i w tym momencie doleciał do mnie dziewczęcy śmiech i szczekanie psa.
Obszedłem budynek i trafiłem na rozległy, częściowo zadaszony taras. W bujanym wiklinowym fotelu siedział starszy mężczyzna. Całą twarz pokrywały mu drobne blizny, jak po przebytej w młodości ospie. Nogi miał otulone grubym kocem. Przy nim krzątała się młoda dziewczyna, w wieku raczej jeszcze nastoletnim – przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Dwa duże wilczury natychmiast podbiegły do mnie i grzecznie usiadły przyglądając mi się uważnie.
– Dzień dobry – powiedziałem. – Przepraszam, pukałem do drzwi, ale nikt nie otwierał.
– A, dzień dobry… to pan. – Starszy mężczyzna wyciągnął do mnie rękę i poprosił abym usiadł. Spocząłem naprzeciw niego, również w wiklinowym fotelu, tyle że nie bujanym.
– Tych piesków proszę się nie obawiać. Są już stare i dobrze wychowane. Ugryzą tylko wtedy, gdy dostaną takie polecenie – powiedział staruszek i zaproponował: – Napije się pan czegoś?
– Jeżeli można, to poproszę o kawę rozpuszczalną.
– Haniu! Kawkę rozpuszczalną i lampkę koniaku dla pana, i herbatkę dla mnie.
– Ale ja jestem kierowcą…
– Niech pan nie liczy na więcej i na to, że tak szybko stąd pana wypuszczę – uśmiechnął się staruszek.
Chwilę przyglądał mi się w milczeniu.
– Zapewne ciekawi pana, po co ja tu pana fatygowałem?
– Nie da się ukryć – stwierdziłem coraz bardziej zaintrygowany tym, czego może oczekiwać ode mnie starszy nieznany jegomość i w dodatku mieszkający na takim zadupiu.
– Panie Wojtku. Jak pan widzi, jestem bardzo starym człowiekiem. Być może nawet starszym niż się panu wydaje. Myślę, że do pożegnania z tym światem niewiele mi pozostało.
W pierwszym momencie chciałem mu zwrócić uwagę, że nie tak mam na imię i że prawdopodobnie zaprosił nie tę osobę, o którą mu chodziło, lecz ugryzłem się w język i pozwoliłem na kontynuowanie zaczętej myśli.
– Wiem, że nie ma pan na imię Wojtek, ale ja tak właśnie będę pana nazywał.
Zrobiłem duże oczy. Odniosłem wrażenie, że facet czyta w moich myślach.
Dziewczyna przyniosła zamówione napoje oraz jakieś słodycze. Postawiła wszystko na stoliku i grzecznie się ukłoniła. Podziękowałem i uśmiechnąłem się do niej. Była ładna i w dodatku miała nietypowe, zielone oczy. Wśród Polaków to raczej rzadkie zjawisko.
– To moja wnuczka Hania. Bez pytania staruszek przedstawił mi młodą osobę i zwracając się do niej poprosił, aby nas zostawiła samych.
Dziewczyna zarzuciła szal na ramiona i skierowała się w stronę niedużego jeziorka. Dopiero teraz zauważyłem, że jest to malownicze miejsce. Duża posesja, wkomponowana w leśną głuszę i w dodatku ozdobiona pięknym lazurowym oczkiem wodnym, była wręcz wymarzonym miejscem na wypoczynek.
Przez chwilę patrzyłem na oddalającą się dziewczynę i zastanawiałem się, co taka młoda i ładna osoba robi na takim pustkowiu i to w środku lata, zamiast leżeć na plaży, tak jak jej koleżanki.
– Przypuszczam, że zastanawia się pan, co taka młoda niewiasta tu robi? – staruszek wyraźnie mnie rozszyfrowywał.
– Nie ukrywam, że jest to zastanawiające – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– Ona przebywa tutaj ze względu na mnie. Opiekuje się mną. Uwielbiam to młode stworzenie… ale wracając do przyczyny pańskiego przyjazdu. Nie zaprosiłem tu pana bez powodu i bezinteresownie. Przeczytałem pańską książkę i podobała mi się prostota wypowiedzi i szczerość myśli…
– Ale którą? Ja napisałem dwie – wpadłem mu w słowo.
Spojrzał na mnie z wyrzutem, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie lubi, kiedy się mu przerywa.
– Przepraszam…
– To nieistotne, ile książek pan napisał! Przeczytałem jedną i to mi wystarczyło. Nie mogę powiedzieć, że jest to literatura z górnej półki, niemniej jednak cenię ludzi, którzy widzą więcej niż czubek własnego nosa i piszą szczerze. To dzisiaj rzadkość. Poza tym, jest pan osobą nieznaną i to jest dla mnie najważniejszy argument…

Przerwał na moment i wskazał na moją lampkę koniaku. Sam sięgnął po swoją herbatę i upił łyczek.
– Miałbym dla pana pewne zadanie. Chciałbym, aby opisał pan to, co opowiem. Czy podejmie się pan tego?
– Proszę się nie gniewać, ale może to zabrzmi niegrzecznie. Czy mógłbym znać powód, dla którego pan sam tego nie uczyni?
– Gdybym chciał sam, to już dawno bym to zrobił a nie fatygował pana! Pytam, czy się pan tego podejmie! Nie pytam, czy pan podoła. Bo to wiem! – podniósł nieco głos, zirytowany zbędnym według niego pytaniem.
– Przepraszam. Postaram się spokojnie wysłuchać pańskiej propozycji.
Staruszek spuścił na chwilę głowę, tak jakby się nad czymś zastanawiał. Czekałem cierpliwie na dalszy jego wywód. Cisza przedłużała się trochę nienaturalnie. Chyba nie usnął? – pomyślałem.
– Sam nie mogę tego napisać – powiedział po chwili milczenia. – Powodów jest kilka. Po pierwsze, nie potrafię utrzymać pióra w dłoni i niedowidzę. Po wtóre, w ogóle nie znam się na obsłudze komputera. Jednak najistotniejsze jest to, że to co osobiście bym napisał, nie zabrzmiałoby wiarygodnie. Z tego też powodu chcę, aby napisała to osoba w żaden sposób ze mną nie spokrewniona… jak również nie należąca do grona moich znajomych. I to jest powód, dla którego wybrałem pana.
Znowu zapadła cisza. Ja też milczałem. A nuż znowu mnie ofuknie.
– No i czemu pan nic nie mówi? – zapytał nagle.
– Nie chciałem przerywać – uśmiechnąłem się.
Spojrzał na mnie przenikliwie, tak jakby chciał zbadać czy z niego nie drwię. Zrobiłem minę pokornego cielątka i spojrzałem mu prosto w oczy. Widocznie mój wyraz twarzy nie wzbudził w nim podejrzliwości, bo spokojnie powiedział:
– Będziemy się widywali codziennie i zawsze o tej samej porze, chyba że wyrażę inne życzenie, i to tak długo aż temat zostanie wyczerpany. Pan będzie notował wszystko co mówię. Niestety, nie wolno panu korzystać z magnetofonu ani żadnych innych urządzeń nagrywających. Pozostaje otwarta kwestia pańskiej zgody…
Trochę się jeszcze wahałem. Chociaż ekscytowała mnie ta dziwna tajemniczość, to mimo wszystko czułem pewien niepokój. Cholera wie, w co ja się pakuję?!
Najwidoczniej wyczuł moje niezdecydowanie, bo już całkiem przyjaźnie dodał.
– Nie oczekuję od pana rzeczy niemożliwych i proszę się nie obawiać. Sprawa jest prosta. Chodzi o napisanie mojego życiorysu… Zgadza się pan?
– Zgadzam się.
– Jest jeszcze jeden warunek… może pan to opublikować dopiero po mojej śmierci.
Zrobiłem duże oczy. Kiwnąłem głową, że przystaję na ten warunek, mimo że zupełnie nie mogłem zrozumieć powodu, dla którego ktoś chce, aby coś o nim napisano i nie chce tego potem czytać.
Ledwie zdążyłem o tym pomyśleć, a już miałem kolejny dowód na to, że facet czyta w moich myślach.
– Jednakże, chciałbym przeczytać pańskie dzieło po napisaniu… Jeżeli chodzi o pańskie gratyfikacje, to porozmawiamy o tym na końcu. Natomiast…
Wyjął spod koca jakieś zawiniątko. Trzymał je tam przez cały czas naszej rozmowy. Powoli rozwinął papier i położył na stoliku dziesięć stuzłotówek.
– To na paliwo. Nie mogę pozwolić, aby dopłacał pan do moich zachcianek.
– Nie mogę tego przyjąć! Przecież pan mnie w ogóle nie zna! Mogę wziąć pieniądze i już nigdy się tu nie pojawić!
– Młody człowieku. Ja wiem o panu więcej niż się panu wydaje. A teraz proszę to wziąć i pojawić się jutro punktualnie o godzinie dziesiątej…
Poprawił sobie koc i spuścił głowę. Chwilę przyglądałem się mu. Usłyszałem ciche chrapanie. Usnął.
Dźwignąłem się powoli i spojrzałem w kierunku siedzącej nad stawem dziewczyny. Zauważyła mój ruch, bo podniosła się i ruszyła w kierunku domu.
– Przyjadę tu jutro – powiedziałem, kiedy się zbliżyła. – Do widzenia.

Wracałem tą samą drogą. Już nie narzekałem na wyboje. Ostatecznie, dostałem za to odpowiednią rekompensatę. Przez cały czas zastanawiałem się tylko nad jednym – co takiego może mieć na sumieniu ten człowiek i jakiego ciężaru chce się pozbyć, skoro robi z tego taką tajemnicę i jeszcze chce za to zapłacić?


Dzień drugi

Następnego dnia, punktualnie o godzinie dziesiątej znalazłem się ponownie w tym samym miejscu. Tym razem przed daczą stał zaparkowany terenowy czarny land cruiser.
Takim czymś można tu przyjeżdżać – skonstatowałem w duchu i zbliżyłem się do drzwi. Zapukałem i czekałem cierpliwie z nadzieją, że otworzy je uśmiechnięte zielonookie stworzenie. Drzwi otworzyły się po chwili, ale zamiast zielonych oczu wyrósł przede mną brodaty mężczyzna o posturze goryla. Ledwie zdążyłem przekroczyć próg, a on złapał mnie za ramię i kilkoma szybkimi ruchami obmacał po kieszeniach.
– Może pan iść – zakomenderował po zakończeniu tej niezbyt miłej dla mnie czynności.
Szybko przeszedłem przez duży salon z kominkiem i przez przeszklone drzwi wyszedłem na taras.
Starszy pan wyciągnął do mnie rękę na powitanie i wskazał na fotel. Ten sam, który zajmowałem wczoraj.
– Przepraszam pana za to przeszukanie, lecz musiałem się upewnić co do tych sprzętów nagrywających.
– Przecież obiecałem…
– No już dobrze. Od tej chwili mam do pana pełne zaufanie i wierzę, że mnie pan nie zawiedzie.
W drzwiach pojawił się brodacz i przyniósł mi kawę oraz koniak, po czym zapakował się do landa i odjechał. Widać, że wcześniej otrzymał stosowne instrukcje.
Wyjąłem notatnik i długopis, a staruszek rozpoczął swoją opowieść od pytania:
– Był pan kiedyś we Lwowie?
– Tak. Miałem sposobność zwiedzać to miasto przed paru laty i muszę przyznać, że jest bardzo piękne.
– No właśnie. To tam się urodziłem i przeżyłem najpiękniejsze lata swojego życia. Nie mówię tego przez zwykły sentyment, bo taki odczuwa każdy dorosły, tęskniący za utraconym dzieciństwem. Śmiało mogę powiedzieć, że czternaście lat, które spędziłem w tym mieście były moimi najszczęśliwszymi z całego, ponad osiemdziesięcioletniego życia.
Być może nie byłem najgrzeczniejszym dzieckiem, a to głównie za sprawą różnych figli, które tu i ówdzie spłatałem. Oj, często kończyło się to spotkaniem z ojcowskim paskiem od spodni…
Roześmiał się na głos. Najwyraźniej wspomnienie tych chwil nie było dla niego udręką. Po momencie spoważniał i wrócił do swojej opowieści.
– Byliśmy bogaci. Ojciec pochodził z zamożnej rodziny. Mieli majątek ziemski nieopodal Lwowa. Po śmierci rodziców został jedynym spadkobiercą, gdyż jego młodsza siostra zmarła wcześniej na gruźlicę.
Moją matkę ojciec poznał na uniwersytecie Lwowska Politechnika. Musieli sobie centralnie wpaść w oko, gdyż jak mawiał mój ojciec: „natychmiast rzucili się na siebie, jak zgłodniałe wilki”.
Na pewno kochali się bardzo, bo ich ślub odbył się już po paru miesiącach. Zresztą, nigdy nie ukrywali się ze swoimi uczuciami i często przytulali się do siebie. Nawet w naszej obecności, mimo że ojciec był raczej z natury powściągliwy.
Pierwszy na świat przyszedłem ja. Było to w roku 1925. Rok później pojawił się brat Anatol, a po kilku latach jeszcze Janek.
W międzyczasie przeprowadziliśmy się na stałe do Lwowa. Ojciec sprzedał odziedziczony majątek i kupił starą, co prawda okazałą i piękną, ale wymagającą remontu kamienicę przy ul. Łyczakowskiej. To blisko centrum miasta. Na szczęście, ze zbytego rodowego majątku pozostało wystarczająco dużo pieniędzy na remont i otworzenie sklepu kolonialnego na parterze budynku. Takiego, jak to się potocznie mówiło: „mydło, widło i powidło”.
Aha. Zapomniałem powiedzieć, że mieliśmy dwie kamienice. Druga stanowiła posag mojej matki. Była nieco mniejsza i znajdowała się na obrzeżach miasta.
Mimo nawału obowiązków, rodzice zawsze mieli dla nas czas. Uwielbiałem wieczory, kiedy ojciec wracał ze sklepu i opowiadał nam bajki. Nie mogłem się nadziwić, skąd on ich tyle zna. Przypuszczam, że po prostu je wymyślał.
Matka była nauczycielką i dbała o nasz rozwój intelektualny i duchowy. Czytała książki i uczyła modlitw. Nikt z nas nie miał szansy pójść do łóżka bez zmówienia pacierza.
Najbardziej lubiłem niedziele. Prawie w każdą, po obowiązkowej mszy świętej, wybieraliśmy się na spacer po mieście, na lody, do wesołego miasteczka, ogrodu botanicznego, kina i wielu innych miejsc.
Za to jedyną rzeczą, która wydawała mi się nie do zniesienia, było uczynienie ze mnie ministranta w kościele św. Antoniego. Często wracałem z kościoła zapłakany. Proboszcz naszej parafii nie należał do miłosiernych. Szarpał nas za uszy, za najmniejsze nawet przewinienie. Na moje żale, ojciec reagował tylko stwierdzeniem: „Nie martw się synu, to ukształtuje twój charakter”.
Jak wszystkie dzieci w moim wieku, chodziłem także do szkoły. Z tym że raczej do elitarnej, gdyż prowadzonej przez siostry benedyktynki. Ojciec był zdania, że stać nas na staranne wychowanie i wykształcenie.
Nie było tam lekko. Nie uczyłem się zbyt pilnie, lecz przyswajanie wiedzy przychodziło mi łatwo. Siostry doskonale wyczuwały, że stać mnie na więcej, toteż motywowały mnie okładając paluchy drewnianą linijką.
Tuż przed Bożym Narodzeniem 1938 roku ojciec sprawił nam wspaniały prezent. Kupił nowy samochód, bodajże forda. Mieliśmy już starego fiata, ale ten służył do wożenia towarów i był za mały dla całej rodziny. Teraz mogliśmy organizować rodzinne wycieczki za miasto.
Mógłbym powiedzieć, że żyliśmy sielankowo. Niestety, gdzieś tak w połowie czerwca 1939 roku zaczęły się nasze kłopoty. Wtedy tak naprawdę po raz pierwszy przekonałem się, co oznacza ludzka zazdrość. Wcześniej nawet nie wiedziałem, że istnieje coś takiego. Często przychodziłem do szkoły z kieszeniami napchanymi cukierkami i rozdawałem każdemu, kto tylko chciał. Może właśnie dlatego, że wszystko zawsze miałem, nie rozumiałem czegoś takiego jak zawiść.
Jako dziecko, nie bardzo orientowałem się o co chodziło. Ponoć wszystkiemu winien był nasz sąsiad, który napisał jakiś donos do urzędu podatkowego.
Znałem go doskonale. Nazywał się Skalski i mieszkał w kamienicy tuż obok nas. Nie należał do bogatych, ale biednych też nie. Nawet go lubiłem, bo zawsze się uśmiechał i opowiadał śmieszne historyjki. Teraz wiem, że te jego uśmiechy maskowały obłudę.
Pewnego dnia do naszego domu przyszło kilku ludzi i zabrało parę cenniejszych rzeczy, głównie obrazy i zastawę stołową. Po paru dniach zabrano nam także samochód.
Obserwowałem ojca. Z dnia na dzień w jego oczach zgasł uśmiech. Skończyły się wycieczki i mile spędzane niedziele. Odnosiłem wrażenie, że tarapaty, w których się znaleźliśmy, znacznie wykraczają poza to, co nam już zabrano…

Na chwilę zamilkł i zamyślił się. Czekałem cierpliwie, co będzie dalej. Jak na razie, niczego szczególnego mi nie powiedział. Życiorys jak każdy inny – skomentowałem w duchu to, co usłyszałem.
– Wiem o czym pan myśli – wrócił nagle do przerwanego monologu. – Zapewne zadaje pan sobie pytanie, po co ja to wszystko opowiadam? To prawda. Nic istotnego na razie nie powiedziałem. Takie dzieciństwo jak ja miały miliony ludzi na świecie i co z tego wynika? Nic! Każdy ma jakieś dzieciństwo i każdy ma jakieś kłopoty. Tyle że w moim przypadku to był dopiero ich zalążek.
Na początku września atmosfera w mieście zrobiła się niespokojna. Niemcy zaatakowali Polskę i wszędzie wokoło tylko o tym się mówiło. Dla mnie słowo „wojna” było zupełną abstrakcją. Może się to panu wydawać śmieszne, ale tak właśnie było. W naszym domu zawsze panowała pokojowa atmosfera, oczywiście nie licząc dni kiedy przemawiał nam do rozumu ojcowski rzemyk. Ale to zdarzało się sporadycznie i ta akurat forma karcenia nie kojarzyła się z brutalizacją życia, lecz z w pełni tego słowa pojętą dyscypliną. Wiedziałem od kolegów, że to samo ma miejsce we wszystkich domach, a zatem było rzeczą naturalną. I wie pan, co panu powiem jeszcze… było to ze wszech miar pożyteczne. Wtedy nie było tyle rozwydrzonej młodzieży, jak teraz.
Gdzieś w połowie września hitlerowskie wojska podeszły pod Lwów. W ciągu zaledwie paru dni miasto zamieniło się w twierdzę. W wielu miejscach pojawiły się barykady z worków napełnionych piaskiem, kamieni wyrwanych z bruku i różnego rodzaju przedmiotów. Na ulicach pojawiło się mnóstwo żołnierzy i żandarmów. Powszechna mobilizacja objęła także znaczną część cywilów.

Wtedy dopiero zacząłem uświadamiać sobie, że wojna to może być coś strasznego. Mimo to, w dalszym ciągu w swej dziecinnej jeszcze naiwności wierzyłem, że to tylko jakaś zabawa, która jutro a może pojutrze się skończy. Nie skończyła się.

W szkołach zawieszono wszelkie zajęcia. Któregoś dnia z rana już nie poszedłem do szkoły. Wówczas zrozumiałem, że moja edukacja została przerwana na dłuższy czas. Teraz pomagałem ojcu przy pakowaniu towarów do drewnianych skrzynek. Te wartościowsze przenosiliśmy do piwnicy. Było tam takie wydzielone pomieszczenie, w którym układaliśmy je w stosy. Tam też przenieśliśmy wiele rodowych pamiątek, dokumentów i cenniejsze rzeczy z naszego mieszkania. Miały spokojnie przeczekać do zakończenia działań wojennych. Następnie ojciec zamurował to pomieszczenie, otynkował ścianę i zastawił ciężkim dębowym regałem, na którym umieściliśmy domowe przetwory.

Mój uporządkowany i sielankowy świat runął 16 września raz na zawsze. Byliśmy z ojcem w sklepie. Ja siedziałem za ladą i kaligraficznym pismem napisałem: „sklep zamknięty”. Ojciec zamierzał zamknąć go na jakiś czas. Tym bardziej że artykuły pierwszej potrzeby, takie jak chleb, mleko itp., już do nas nie docierały. Nie było co sprzedawać.

Otworzyłem pudełko pinesek i potrząsnąłem, aby wysypać parę na rękę. Pudełko wypadło mi z ręki i pineski rozsypały się po podłodze. Uklęknąłem za ladą i zacząłem je zbierać. W tym momencie zabrzęczał dzwonek zawieszony nad drzwiami i do sklepu weszło dwóch mężczyzn. Zażądali od ojca skrzynki cygar i oddania kasy. Ta stała na ladzie tuż nad moją głową.
Usłyszałem jak ojciec roześmiał się i powiedział: „Igor, nie wygłupiaj się”.
Padł strzał. Ojciec upadł tuż przed ladą. Ja struchlałem i przylgnąłem do podłogi. To mnie ocaliło. Chociaż dzisiaj wcale nie mogę powiedzieć, że na moje szczęście. Lepiej, ażeby mnie wtedy zabili…

Ponownie zamilkł. Spojrzałem na niego. Patrzył gdzieś przed siebie zaszklonymi oczami. Widać było, że przywołany obraz z dzieciństwa targa jego emocjami. Nie trwało to jednak długo i ze spokojem zaczął opowiadać dalej.
– Ci dwaj opróżnili kasę i w ciągu paru sekund opuścili sklep. Ja leżałem i w prześwicie między ladą a podłogą patrzyłem na twarz ojca. Jego martwe oczy wpatrywały się we mnie. Z niewielkiej dziurki na czole sączyła się krew. Miałem wrażenie, że ta krew wycieka także ze mnie.
Po kilku minutach podniosłem się. Nogi miałem jak z waty. Powoli zbliżyłem się do ojca i bezwolnie upadłem na niego. Ścisnąłem za szyję i przytuliłem, tak jakbym miał nadzieję, że zaraz się obudzi i opowie bajkę na dobranoc.
Nie wiem jak długo tak przy nim ślęczałem. Miałem próżnię w mózgu. Coś, co tu się zdarzyło, było kompletnym szokiem dla mnie. Rzeczą zupełnie bezsensowną i niezrozumiałą. Tym bardziej niezrozumiałą, że znałem człowieka, który strzelał. Igor był naszym przyjacielem i miał zakład szewski na sąsiedniej ulicy. Ojciec często wspierał go różnymi datkami.
Ojciec nigdy nikogo nie skrzywdził. Nieraz widywałem, jak częstował słodyczami napotkane na drodze dzieci. Dla niego nieważnym było, czy ktoś jest Cyganem, Żydem czy Murzynem. Pomagał każdemu, kto o to poprosił. Nam też często tłumaczył, że tak trzeba i że nie jest istotne, jaki ten ktoś ma kolor skóry i wyznanie. On jest po prostu człowiekiem w potrzebie.
Ktoś otworzył drzwi do sklepu i wszedł do środka. Musiałem wyglądać strasznie, bo najpierw chwycił mnie na ręce i wybiegł na dwór wzywając pomocy. Natychmiast przybiegło parę osób i zrobiło się zamieszanie.
Dalej niewiele pamiętam. Zemdlałem. Musiałem być w tym stanie przez dłuższy czas, bo kiedy się ocknąłem, znajdowałem się w łóżku rodziców. Obok mnie leżał ojciec. Oczy miał już zamknięte. Przy łóżku klęczała matka i młodsi bracia. Straszliwie płakali. Przy drzwiach stał jakiś żandarm.
Pochowaliśmy ojca zaraz następnego dnia. Nie było możliwości przygotowania odpowiedniej ceremonii pogrzebowej. Tego właśnie dnia o świcie Sowieci przekroczyli rzekę Zbrucz, stanowiącą wówczas granicę między Polską a Ukrainą.
W mieście zapanował jeszcze większy zamęt. Sklepy zostały wyczyszczone z wszystkiego, co jeszcze w nich pozostało. Grabieże i akty przemocy miały miejsce niemalże w każdej dzielnicy. Musi pan pamiętać, że Lwów był aglomeracją wielonarodową i zaistniała sytuacja wyzwoliła narodowościowe animozje i zwykłe ludzkie niechęci. Wojsko i wielu mieszkańców przygotowywało się do obrony miasta i tak naprawdę ściganiem zwykłych opryszków nie miał się kto zająć.
Z tego też powodu nikt nie ścigał zabójcy mojego ojca. Zresztą, on przepadł jak kamień w wodę. Nie wiem co się z nim później stało. Dzisiaj, jak sobie pomyślę o tym człowieku, ogarnia mnie tylko smutek. Był Ukraińcem, ale szanowałem go i podziwiałem za jego „szewską pasję”, tak jak nam wpajał ojciec: „kochaj każdego człowieka”…

Staruszek znowu zamilkł. Z daleka doleciał dźwięk zbliżającego się samochodu.
– Myślę, że na dzisiaj wystarczy – powiedział. – Dziękuję i zapraszam jutro na śniadanie, lecz o godzinę wcześniej… jeżeli można.


Dzień trzeci

Przy drzwiach byłem minutę przed dziewiątą. Z natury rzeczy nie lubię się spóźniać i szlag mnie trafia, kiedy ktoś nie stawia się punktualnie na umówione spotkanie.
Z boku stała ta sama terenówka co wczoraj. Zapukałem. Na wszelki wypadek cofnąłem się o krok. A nuż brodaty goryl znowu złapie mnie za kołnierz i zechce obmacać! Nie miałem nic do ukrycia, ale wybitnie nie lubiłem takich powitań.
Drzwi otworzyły się. Zamiast brody wbiły się we mnie zielone oczy i uśmiechnięta od ucha do ucha buzia. Od razu zrobiło się milej.
– Proszę. Pan wejdzie.
Wszedłem do saloniku i stanąłem przy kamiennym kominku, w którym buzował ogień. Z zewnątrz budynek nie wyglądał imponująco, lecz jego wnętrze urządzone było elegancko. Ściany wyłożone boazerią i ozdobione myśliwskimi trofeami... Wyglądał imponująco.
Starszego jegomościa jeszcze nie było. Stół był już przygotowany. Stało na nim kilka potraw, przygotowanych jak w wysokiej kategorii lokalu oraz nakrycie dla trzech osób.
Nie musiałem długo czekać. Gospodarz przyczłapał w towarzystwie wnuczki. Podtrzymywała go pod ramię.
Przywitał się ze mną i wskazał miejsce. Usiadłem w wyściełanym kozią skórą fotelu.
– Ładnie tu – stwierdziłem grzecznościowo.
– Można by tak powiedzieć. Dzisiaj będziemy rozmawiali tutaj. Na zewnątrz nie jest zbyt przyjemnie.
Miał rację. Mimo że to środek lipca, ciepło nie było. Uczucie chłodu dodatkowo potęgował siąpiący deszcz. W trójkę zjedliśmy przyrządzone przez młodą damę śniadanie, rozprawiając o mało istotnych rzeczach. Ot tak, wymieniając grzecznościowe slogany.
Nie powiem, że czułem się komfortowo w towarzystwie nastoletniej uroczej istoty i starszego ode mnie o co najmniej trzydzieści lat człowieka. Oni się znali i od razu widać było, że się uwielbiają. Ja byłem tu obcym intruzem. Poczułem się swobodniej dopiero jak zostaliśmy we dwóch.
Małolata zapakowała się do auta i odjechała. Obiecała wrócić za trzy godziny. Oznaczało to, że właśnie tak długo będę tutaj dzisiaj tkwił.
– Proszę się poczęstować – staruszek wskazał na butelkę koniaku, stojącą na przewoźnym barku.
– Dziękuję bardzo, ale dzisiaj czeka mnie jeszcze dość daleka podróż.
– Na czym skończyliśmy? – zapytał.
Przeczytałem mu trzy ostatnie zanotowane przeze mnie zdania. Starszy pan skierował spojrzenie w sufit i kontynuował przerwane wczoraj opowiadanie.
– Bodajże 19 lub 20 września Sowieci otoczyli Lwów. Niemcy wycofali się w kierunku zachodnim. Ponoć były takie uzgodnienia między nimi. Nie chcę się w to zagłębiać. To sprawa historyków. Zresztą, życie nauczyło mnie patrzeć na wszystko z dystansem. Każdy naród pisze historię po swojemu i w sposób jemu najbardziej odpowiedni. Inaczej to samo zdarzenie interpretuje Polak, inaczej Niemiec, a jeszcze inaczej Ukrainiec. Weźmy na przykład takiego Stiepana Banderę. Dla Ukraińców jest on bohaterem narodowym. Jedna z główniejszych ulic Lwowa nosi w tej chwili nawet jego imię. Dla Polaków jest on zwykłym bandytą. Zostawmy zatem ocenę historii w spokoju…
Kilka kolejnych dni było walką o przetrwanie. Z dnia na dzień pogłębiały się trudności z zaopatrzeniem w cokolwiek. Dobrze, że dzięki przezorności ojca mieliśmy w domu trochę ukrytych zapasów. W naszym sklepie nie było już nic. Został splądrowany doszczętnie i teraz straszył tylko pozbawionymi szyb oknami.
22 września armia radziecka wkroczyła do Lwowa. Na nic zdała się zorganizowana przez wojsko i mieszkańców obrona miasta. Nic nie dało heroiczne poświęcenie się lwowskiej młodzieży. Zginął także mój trzynastoletni brat Anatol. Tak naprawdę, to niewiadomo nawet, w jakich okolicznościach. Wyszedł z rana przed dom, mimo że matka błagała go, aby tego nie robił. „Wrócił” przyniesiony na prześcieradle, straszliwie pokiereszowany i ze wszystkimi wnętrznościami na wierzchu. Zmarł godzinę później. Teraz spoczywa na łyczakowskiej nekropolii, w tym samym miejscu co ojciec. Matka prawie że zwariowała. W przeciągu zaledwie paru dni straciła dwie najbardziej kochane osoby.

Zaraz po wkroczeniu Sowietów rozpoczęły się represje, skierowane zwłaszcza przeciwko Polakom. Gdzieś pod koniec września do drzwi naszego mieszkania ktoś głośno załomotał. Nie zdążyliśmy nawet zerwać się z łóżek, a wewnątrz była już zgraja żołdaków. Kazali się ubierać i iść won. Bo teraz: „zdies budiet naczalstwo”.
Matka zdołała tylko chwycić starą walizkę. Miała w niej schowane trochę chleba. Tak, jakby spodziewała się tego, co nastąpi. Ja złapałem swój woreczek z kapciami. Ten sam, który codziennie zabierałem do szkoły. Jakbym łudził się, że tam, gdzie idziemy, będą mi potrzebne.

Tuż za drzwiami wpadłem w ręce jakiegoś sołdata. Zajrzał do mojego woreczka i roześmiał się. „Durak!” – warknął i kazał stanąć w szeregu. Stało tam już wielu ludzi. Wszyscy nasi sąsiedzi i mieszkańcy z kilku innych kamienic. Sami Polacy.

Krótko po mnie znalazła się tu moja matka i braciszek Janek. Płakali. Matce nie zaglądali do walizki. Była zniszczona i wyglądała skromnie, lecz paru osobom zabrali jakieś większe pakunki.
Przejmowanie cudzej własności nie obyło się bez szamotaniny. Dwie, czy trzy osoby już się po tym nie podniosły. Potem uformowali nas w kolumnę i pognali w kierunku dworca…

– Był pan na lwowskim dworcu? – zapytał mnie nagle.
– Byłem. I muszę przyznać, że jest bardzo ładny.
– No właśnie. Wtedy też był. Lubiłem na niego chodzić. Znajdowały się tam takie sklepiki z zabawkami. Teraz znalazłem się tam nie po to, aby je oglądać.
Zagonili nas na bocznicę. Stał na niej dość długi pociąg. Tuż za lokomotywą były trzy wagony, tak zwane „pulmany”. Ten luksus jednak nie był dla nas. My zostaliśmy zapakowani do tych znajdujących się dalej, na co dzień służących do przewozu bydła. Nas troje zapędzono do ostatniego wagonu. Pomogłem matce wdrapać się do środka. Janek poradził sobie sam. Razem z nami zapakowano około sześćdziesięciu osób. Wśród nas znalazł się także nasz sąsiad Skalski. Dziwne, ale nie czułem do niego urazy, mimo że to właśnie przez niego skończyły się nasze wycieczki za miasto.
Ulokowaliśmy się w jednym z narożników wagonu. Wkrótce okazało się, że nie jest to najlepsze miejsce. Nie dość, że pomiędzy deskami były dość spore szpary, to jeszcze tuż nad głową miałem niewielki otwór. Mógłbym powiedzieć, że z tego powodu powinienem się cieszyć, gdyż przynajmniej od czasu do czasu mogłem korzystać z darmowego prysznica.
Ledwie wszyscy znaleźliśmy się w środku, a natychmiast zaryglowano za nami drzwi. Janek popłakiwał. Przytuliłem go. Był zaledwie siedmioletnim dzieckiem. Matka usiadła pod ścianą i skierowała tępy wzrok przed siebie. Od czasu śmierci Anatola i ojca prawie się nie odzywała. W rękach zaciskała zniszczoną walizkę, jakby to był jej największy skarb.

Po około pięciu godzinach oczekiwania pociąg ruszył. Trudno jednak nazwać jazdą to, co potem nastąpiło. Turlał się tak wolno, że śmiało można było iść obok niego i jeszcze zwalniać, aby go nie wyprzedzić. Może to i dobrze. Spomiędzy szczelin między deskami i przy tym tempie strasznie zawiewało.

Jechaliśmy tak całą dobę, gdzieniegdzie zatrzymując się na chwilę. Nikt nam nie otwierał drzwi. Chciało mi się siku. Od tego wszystkiego rozbolał mnie brzuch, lecz cierpliwie czekałem aż nas wypuszczą. Parę osób podeszło do wyciętego w podłodze otworu i załatwiło swoje potrzeby fizjologiczne. Ja nie miałem tyle odwagi i po prostu wstydziłem się.

Wreszcie zatrzymaliśmy się i jakiś żołdak wrzasnął: „won swołocz!”. Wyskakiwaliśmy na wyścigi. Tylko moja matka ani drgnęła. Podszedłem do niej i powiedziałem: „Mamo chodź”. Podniosła się powoli i bezwiednie jak manekin ruszyła za mną.

Staliśmy w szczerym polu. Nie wiem gdzie to było, ale na pewno jeszcze na terenie Polski. Wszyscy natychmiast zaczęli się załatwiać. Tuż przy wagonach. Nie wolno nam było się oddalać. W pewnym momencie ktoś pobiegł w stronę pola. Rzucił się na ziemię i z zapałem zaczął coś wygrzebywać. Stojący nieopodal sołdat zdjął z ramienia karabin i strzelił. Nie trafił. „Ostaw!” – krzyknął do niego jakiś wyższy rangą żołnierz. Po czym wskazał na mnie, mojego brata i jeszcze paru innych chłopców. Kazał nam iść na pole. Ruszyłem powoli, co rusz oglądając się za siebie. Ze strachu cały dygotałem. Nie znałem ich zamiarów. A nuż mają ochotę postrzelać do nas… Posuwałem się krok po kroku, aż znalazłem się na rozjeżdżonym czołgowymi gąsienicami polu. W glebie tkwiły wgniecione, na wpół zgnite buraki. Wygrzebałem kilka i wróciłem. Ledwie zdążyłem wdrapać się do środka, a natychmiast pozbawiono mnie większości mojej zdobyczy. Nie rozpaczałem. Został mi jeden. Janek zachował drugi, no i mieliśmy jeszcze naszą walizkę.

Zaryglowano nas i ruszyliśmy dalej. Tym razem nie ujechaliśmy daleko. Po paru kilometrach zatrzymaliśmy się znowu. Drzwi rozsunęły się i sołdat wskazał na jednego z naszych współtowarzyszy podróży. Kazał mu wysiąść. Widziałem przerażenie na jego twarzy, ale spokojnie wysiadł. Wrócił po kilku minutach. Nic złego go nie spotkało. Przywlókł nam kilka snopków słomy. Starczyło na legowisko dla paru osób. Myśmy się nie załapali.
Pociąg poturlał się dalej. Nikt z nas nie wiedział dokąd jedziemy. Stało się to jasne następnego dnia. Przejechaliśmy przez stację w Równym. Miasto leżało około stu pięćdziesięciu kilometrów na północny wschód od Lwowa. Mogło to oznaczać tylko jedno. Zamierzają wywieźć nas gdzieś w głąb Związku Radzieckiego.
Czwartego dnia jazdy zrobiło się strasznie zimno. Tuliliśmy się do siebie, próbując się wzajemnie ogrzewać. Matka przygarnęła nas, aby za wszelką cenę ochronić od wiejącego przez szpary wiatru. Wielu z nas nie miało już co jeść. Nam też zostało niewiele. Co niektórzy łakomie spoglądali na naszą walizkę. W pewnym momencie podszedł do nas Skalski. Wyciągnął rękę i złapał za walizkę. Matka nie chciała jej wypuścić. Tam było życie dla jej dzieci. Uderzył ją w twarz. Ja bez namysłu ugryzłem go w nogę. W odwecie kopnął mnie w klatkę piersiową. Poleciałem do tyłu. Z trudem usiłowałem złapać powietrze, lecz nie to było najgorsze – nie uratowałem naszej ostatniej kromki chleba.

W tym momencie uświadomiłem sobie, że największym wrogiem człowieka może być współtowarzysz niedoli. Rodak, człowiek z tej samej ulicy, za to świnia stukrotnie gorsza, niż te zbiry z czerwoną gwiazdą…
Skalski zabrał zdobycz i poszedł na swoje miejsce. Po chwili wrócił do mnie. Wyjął penisa i po prostu mnie oszczał. Poczułem się kompletnie zdruzgotany. Nie miałem nawet siły zareagować. Gdzieś tam daleko, we Lwowie, jeszcze parę dni temu czułem się szczęśliwy, miałem przyjaciół i beztroskie życie, a teraz nade mną stoi jakieś bydlę i najzwyczajniej w świecie odlewa się, jakbym był jakimś kiblem.
Wybaczyłem mu to, co nam kiedyś uczynił. Teraz w pierwszym odruchu poczułem nienawiść, lecz już po chwili przerodziła się ona tylko w politowanie. Nie wiem dlaczego tak? Może dlatego że uczono mnie: „kochać każdego człowieka, nawet świnię”…

Skalski wypróżnił się i odszedł. To mu jednak nie wystarczyło. Zbliżył się do młodej dziewczyny, nachylił się nad nią i coś szepnął do ucha. W ręce trzymał ukradzioną nam kromkę chleba.
Znałem tę dziewczynę. Chodziła do tej samej szkoły co ja i była bardzo porządna. Musiała być jednak bardzo głodna. Bez gadania ściągnęła majtki i odwróciła się do niego tyłem. Wpakował się na nią jak ogier i bez najmniejszego wstydu przeleciał na naszych oczach. Nikt nie zareagował. Dopiero jak się okazało, że poświęciła się nadaremno, w jej obronie stanął młody chłopak. I w tym momencie jego młode życie skończyło się. Otrzymał parę silnych ciosów i już następnego dnia nie żył. Nikt więcej się nie odważył. Widocznie to drania rozzuchwaliło, bo jeszcze dwukrotnie zgwałcił tę dziewczynę. Próbowała się bronić, ale co to dało? Ten typ był silny jak diabli. Nie wyglądał na zabiedzonego, tak jak my wszyscy. Widocznie podkradał innym jedzenie, tak jak nam.
Patrzyłem na to zupełnie bezradny. Nie miałem siły dźwignąć ręki, a co dopiero rzucić się na tego bydlaka. Zresztą, co by to dało. Pewnie skończyłbym tak jak ten młody człowiek.

Ale przyszedł kres i na niego. Zatrzymaliśmy się na stacji w niewielkim miasteczku. O ile dobrze pamiętam, nazywało się Dobrusz. Wprowadzili nasz pociąg na bocznicę. Staliśmy tu trzy dni. Musieliśmy zwolnić tor, po którym co rusz przetaczały się transporty wojskowe.

Dwa razy dziennie wypuszczali nas na zewnątrz. Jak zwykle, załatwialiśmy swoje naturalne potrzeby. Tym razem prosto do przepływającego obok torów strumyka. Wykorzystałem nawet moment, kiedy nikt nie sikał i obmyłem trochę twarz i ręce. Śmierdziałem straszliwie, jak zresztą my wszyscy. Sam pan rozumie, że utrzymanie jakiejkolwiek higieny w tych warunkach nie było możliwe.
Drugiego dnia naszego postoju, w chwili załatwiania swoich potrzeb, paru wyrostków obrzuciło nas kamieniami. Dostałem w głowę. Z rozciętej skroni popłynęła krew. Tak naprawdę, to jedynym poszkodowanym byłem ja, gdyż urządzona przez nich kanonada nie trwała długo. Uciekli natychmiast po oddaniu strzału ostrzegawczego przez pilnującego nas strażnika.

Mimo tego, dość przykrego incydentu, spotkała nas także miła niespodzianka. Do naszego pociągu podeszła grupka mieszkańców miasteczka i przyniosła parę koszy jabłek, chleb, wodę i jakieś używane koce, derki oraz odzież.

Miałem szczęście, udało mi się zdobyć trochę żywności i jeden koc. Kieszenie wypchałem jabłkami. Nabrałem wody w przeciekający kubek, zatkałem dziurkę palcem i zaniosłem matce.

Siedziała w wagonie i rzadko wychodziła na zewnątrz. Praktycznie tylko wtedy, gdy jej kazali. Martwiłem się o nią bardzo, bo nie wyglądała dobrze.

Wieczorem, jak zwykle, odmówiłem pacierz. Potrzebowałem tego. Czułem, że daje mi to siłę. Tym razem pomodliłem się także za Rosjan, którzy tak nas obdarowali.

Ostatniego dnia postoju, tuż przed odjazdem, wygoniono nas wszystkich z wagonów. Matkę też. Kazano ustawić się w szeregu. Jeden z żołnierzy przeszedł się wzdłuż szeregu, przy każdym zatrzymując się i zaglądając w oczy. Przypuszczam, że sprawdzał czy nie jesteśmy chorzy na jakąś zakaźną chorobę. Kiedy stanął przy Skalskim, ten spierdział się głośno. Nie wiem czy zrobił to celowo, czy po prostu ze strachu puściły mu zwieracze. W każdym bądź razie, sołdat uznał to za obrazę. Zdjął z ramienia karabin i kolbą walnął go prosto w twarz. Ten poleciał do tyłu i uderzył głową w szynę. Już nie wstał. Kiedy wsiadałem do wagonu, zauważyłem jak żołnierz dźgnął go jeszcze bagnetem i zepchnął do rowu…

Staruszek zrobił krótką przerwę. Opowiadanie musiało być dla niego wysiłkiem, bo milczał ładnych parę minut. Odniosłem nawet wrażenie, że na chwilę przysnął.
– Na czym skończyłem? – ocknął się nagle i nie czekając na odpowiedź, kontynuował: – Następnego dnia po wyruszeniu z miasteczka, zatrzymaliśmy się przy jakichś zabudowaniach. Wyglądało to tak, jakby maszynista nie musiał stosować się do żadnych przepisów. Stawał, gdzie mu się podobało.
Drzwi otworzyły się, wyskoczyliśmy na zewnątrz i jak zwykle oczyściliśmy wnętrzności. W niewielkiej odległości od torów stały cztery drewniane chałupy. Dwóch konwojujących nas żołnierzy poszło w ich kierunku. Wrócili po kilku minutach w towarzystwie paru mieszkańców. Przynieśli nam wodę w wiadrach, trochę chleba i smalec. Nie było tego dużo. Pewnie sami zbyt wiele nie mieli. Byłem im wdzięczny i za to. Dostaliśmy po parę łyków wody. Udało mi się też załapać na kromkę chleba. Zaniosłem ją matce i Jankowi. Dla mnie zostało parę okruszyn. Wieczorem znowu pomodliłem się za Rosjan…

Staruszek znowu zrobił przerwę, jakby się nad czymś zastanawiał.
– Dobiegał końca trzeci tydzień naszej tułaczki – kontynuował przerwaną opowieść. – Pociąg sunął wolno, stukając rytmicznie kołami. Co jakiś czas zerkałem przez szparę między deskami. Od kilku dni nic innego nie dostrzegałem, tylko ciągnący się w nieskończoność las. Drzewa gubiły już swoje liście. Chłód stawał się coraz większy. Matka siedziała prawie bez ruchu. Całymi godzinami spoglądała w ten sam punkt. Jej twarz nie wyrażała niczego. Tylko od czasu do czasu lekko głaskała Janka po głowie. Oboje nie opuszczali siebie ani na krok. Czułem, że uchodzi z nich życie. Oni nie walczyli. Bezwolnie poddali się swojemu losowi. Mimo że oddawałem im wszystko, co tylko udawało mi się zdobyć do jedzenia, z dnia na dzień wyglądali gorzej. Ja też nie wyglądałem najlepiej. Brzuch zapadł mi głęboko a żebra wypchały się na wierzch i wyglądały jak żeliwny kaloryfer. Coś mi jednak mówiło, że mam być mocny, że mam żyć. Dla nich. Przecież ta podróż nie może trwać wiecznie!
Przysunąłem się bliżej ściany i oparłem o nią plecami. Nogi wyciągnąłem przed siebie. Od dwóch dni miałem nowe posłanie z siana, które przynieśli nam ludzie z niewielkiej wioski, przy której się zatrzymaliśmy. Także od dwóch dni nic nie jadłem. Głód zabijałem żując zeschnięte źdźbła trawy.
W pewnym momencie zauważyłem, że siano na którym siedzę poruszyło się między moimi nogami. Zdziwiłem się bardzo, ale się nie ruszyłem. Zaciekawiło mnie, co to jest. Po chwili z siana wynurzył się szczur. Nie miałem pojęcia, skąd się tu wziął. Pewnie został przyniesiony razem z sianem, albo dostał się do wagonu przez liczne tutaj otwory. Kiedy wdrapywał się na moje nogi, gwałtownie je ścisnąłem przygniatając intruza tak, że nie mógł się ruszyć. Wbił zęby w moje ciało. Zabolało mnie, lecz nie zwolniłem uścisku. Chwyciłem go w pobliżu głowy i dusiłem tak długo aż przestał się ruszać. Wziąłem martwe stworzenie i paznokciami rozerwałem brzuch. Potem kęs po kęsie zacząłem zjadać. Skończyłem, jak został tylko ogon, głowa i sierść. Nie było to wykwintne danie, ale przynajmniej coś miałem w żołądku. Chyba to sprawiło, że tej nocy spałem nie mając żadnych koszmarów.
Rano zbudziłem się, gdy pociąg zatrzymał się na nasz „sanitarny” postój. Wyskoczyłem na zewnątrz i zaraz wpadłem w ręce konwojującego nas strażnika. Zagonił mnie do załadunku drewna. Stało w pryzmach przy torach. Ładowaliśmy je do przyczepionej do lokomotywy platformy. Służyło jako paliwo. Brzozowe klocki były wyjątkowo ciężkie. Po godzinie ciężkiej pracy wróciłem do swojego wagonu.
Matka i Janek leżeli przytuleni do siebie. Spojrzałem na nich i w tym momencie zeszło ze mnie wszystko powietrze. Szarpnąłem matkę za ramię, potem Janka. Nie ruszyli się. W jednej chwili zrozumiałem, że oboje nie żyją. Rzuciłem się przy nich na kolana i na głos rozpłakałem. Jak to możliwe! Ja głodowałem, a oni umarli!...
– Trochę smutna ta moja opowieść, prawda? – starszy pan zwrócił się do mnie, ni to twierdząc, ni to pytając.
– Nie powiem, ażeby była zabawna.
– Wie pan, co w tym wszystkim jest najsmutniejsze? To, że wtedy tak naprawdę przestałem wierzyć w Boga. Wyrzekłem się Go. Zabrał mi wszystko, co było dla mnie najcenniejsze. Przestałem się modlić, przestałem prosić Go o cokolwiek…

Staruszek znowu zamilkł. W jego oczach zauważyłem łzy.
– Skończmy na dzisiaj – poprosił cicho. – Zresztą, za moment będzie tu moja wnuczka.
I rzeczywiście. Parę minut później dał się słyszeć dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Podniosłem się i pożegnałem z gospodarzem. Przed wyjściem poprosił mnie, abym pojawił się dopiero w poniedziałek, czyli za trzy dni.

Tytuł: Ocalony
Autor: Włodzimierz Zaczek
Wydawnictwo: Wydawnictwo Bernardinum Sp. z o.o.
ISBN: 978- 83- 62994-24-3
Oprawa: miękka
Stron: 216
Format: 125x190
Cena: 22.00 zł
Informacje dodatkowe: Dostępna: dobrych księgarniach, Empiku oraz na www.bernardinum.com.pl

 Ocena: 2.9/5 Głosów: 736 
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Bernardinum Sp. z o.o.

Powyższą pozycję można zakupić w:
Księgarni Internetowej Isidorus.Net
Recenzje czytelników
Napisz recenzję
Aby dodać recenzję, proszę się zalogować.
Logowanie:
Użytkownik: Hasło: Pamiętaj!   
   Zarejestruj się

Na skróty:

Polecamy:

Stopka wydawnicza:

© 2002-2015 Chrześcijański Portal Świętego Izydora
Patrona Internetu i Internautów, ISSN 1803-1285
Wydawca:
Consociatio S. Isidori Hispalensis, o.s.
Redaktor naczelny:
Tomasz Adam Kaniewski
Adres redakcji:
Redakcja Portalu św. Izydora,
skrytka pocztowa 59,
57-350 Kudowa Zdrój
Konto bankowe:
Fortis Bank Polska, O/Wrocław
73 1600 1156 0004 0601 7389 6080
Projekt i wykonanie:


Česká verze Wersja polska

0.01955890